poniedziałek, 26 marca 2012

Bóg nie umarł...

Geniusz i cięty humor? Woody Allen w reżyserii ( i adaptacji) Grzegorza Kempinsky’ego? Broadway przeniesiony do Gdyni?

Jednoaktówka Woody Allena przyprawia widzów o salwy śmiechu i dreszcze, z powodu ciętego humoru i barwnych sytuacji. W Teatrze Miejskim w Gdyni możemy oglądać dzieło Boga kina, w reżyserii Grzegorza Kempińskiego.

„Bóg” był pisany dla konkretnego teatru, w którym autor znał aktorów, a gmach widział z okien swojego mieszkania. Postanowił tym razem opowiedzieć o pracy artysty, jak zwykle z przymrużeniem oka, wyciągając na wierzch wszelkie przywary oraz stereotypy o ludziach teatru. Miesza się tu świat popkultury i sztuka wysokiego lotu.

Jednak nie o świetną zabawę i ból brzucha ze śmiechu chodzi, gdyż jak słyszymy kilka razy ze sceny, dobra sztuka ma przesłanie. Tylko nad przesłaniem Allena wypada nam się dłużej zastanowić. Jest to przecież mistrz w ogłupianiu widza, aczkolwiek bardzo inteligentnym i zmuszającym do myślenia. Możnaby długo dywagować nad tym, co przekazuje nam w swoim tekście, jednak jedno jest pewne, na pytanie, czy bóg istnieje, każdy ma odpowiedzieć sam. A jeśli istnieje, to każdy z nas ponosi karę za grzechy, za swoje niecne postępki codzienności. Choć pozostaje nam jeszcze nadzieja? Lecz na co? Na lepszy żywot, czy może na to, że jednak ktoś tam pociąga za kolejne sznurki i nad nami czuwa?

Przesłanie jest ukazane nam w formie nieznośnie wyolbrzymionych absurdalnych tekstów i sytuacji. Allen osiąga cel za pomocą ukazanej w krzywym zwierciadle pracy artysty, co wymaga od aktorów zdrowego dystansu do własnej osoby. Jednak artysta to najzwyklejszy w świecie człowiek, dzięki czemu widz w tej farsie zauważa absurdalność codzienności, która jest nie zawsze dla nas czytelna na co dzień. Zaś w teatrze przecież zatrzymujemy się na chwile, robimy pauzę i chcemy mieć chwilkę wytchnienia.

Fabuła jest dość zawiła, co sprawia, że widz z początku nie do końca wie, co dzieje się wokół niego. W allenowskim utworze fikcja przeplata się z rzeczywistością, a może na odwrót. Po scenie i przejściach biegają aktorzy, oraz techniczni przygotowujący scenę do "użytku". Główne postacie to aktor Kretynik (Bogdan Smagacki) i pisarz Schizokrates (Andrzej Redosz), który pisze sztukę „Niewolnik” na festiwal w Atenach. Co ciekawe, wydarzenia nie dzieją się jak w pierwowzorze na Broadwayu, lecz w… Gdyni.

Sama tematyka utworu ukazuje nam koncepcje całego przedstawienia – teatru w teatrze. Całość spektaklu biegnie bardzo wartko, rzec by można z minuty na minutę coraz szybciej, widz jest zaskakiwany kolejnymi zwrotami akcji i prześmiesznymi gagami w iście allenowskim stylu, choć przerobionymi na realia trójmiejskie. Przyglądamy się artystom, pracujących przy sztuce, jednak ich obraz jest karykaturalny i pełen dystansu, zaś na pole gry zaanektowana jest cała widownia. Co ważne nie jest to sztuka która daje tylko i wyłącznie frajdę i śmiech.

Przecież teksty Woody Allena, choć śmieszne, pełne seksistowskich drwin i ukazujące absurdalność otaczającej nas rzeczywistości, maja w sobie drugie dno, dzięki czemu spektakl nie jest pustą zabawą. Prześwituje spod nich obraz współczesnego człowieka, który jest mały wobec ogromu świata, w dodatku żyje na świecie pozbawionym jakichkolwiek świętości. Autor przemyca bowiem przezeń kilka ważnych prawd filozoficznych, czy życiowych. 

Na spektakl radzę się wybrać jak najszybciej, by się dobrze bawić, i popłakać ze śmiechu. Paczka chusteczek higienicznych to osprzęt obowiązkowy, zaś zespół artystyczny teatru oprócz ciekawej sztuki, gwarantuje w pakiecie biletu „śmiechoterapię”, zaprawioną dużą dozą goryczy, ponieważ gdy opadną emocje, widzimy człowieka, małego wobec ogromu świata. Nie odbierajmy jej powierzchownie, przemyślmy, odnajdźmy to drugie dno, ukryte pod warstwa parodii i absurdu. Sam Woody Allen stwierdził, że: "Nowoczesny człowiek jest definiowany jako osoba urodzona po stwierdzeniu Nietzschego "Bóg umarł", ale przed hitem płytowym "I Wanna Hold Your Hand”."


petunia

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza